Rozwód jest zawsze offline
Opublikowano: 29 grudnia 2025
Można znaleźć w Internecie sporo artykułów, które zwracają uwagę, że słowo “rozwód” da się ułożyć z tych samych liter co słowo “zdrowo”. I to nie tylko ma być zabawa słowem, ale spostrzeżenie, że rozstanie nie musi być porażką, ale próbą odzyskania spokoju. Tylko w obecnej erze zdominowanej przez media społecznościowe rozwodzenie się może być tak samo dyskretne jak jeszcze dekadę wcześniej?
W Polsce rozwodów i pozwów rozwodowych jest dużo, a w dużych miastach – najwięcej. To tam tempo życia, presja pracy, anonimowość i łatwość nawiązywania nowych relacji są największe. To nic nowego i nigdy nie znaczyło, że “miasto psuje małżeństwa”, ale raczej, że w metropoliach szybciej widać pęknięcia i łatwiej podjąć decyzję o formalnym zakończeniu związku. Obecnie taką rolę mogą przejąć media społecznościowe, ponieważ coraz częściej decyzje dojrzewają, a potem bywają komunikowane, konsumowane i oceniane na oczach innych, wśród porównań i cyfrowych śladów.
Internet stał się swoistym “pokojem zwierzeń”, czy raczej “pierwszym terapeutą”. Wyszukiwarki huczą od pytań, których większość nie zada rodzinie ani przyjaciołom, a z którymi potem (nierzadko za późno) przychodzą do prawnika od rozwodów: “czy to już zdrada?”, “czy opłaca się rozwód bez orzekania o winie?”, “czy dam radę finansowo po rozwodzie, na co mogę liczyć?”. Generalnie to dobrze, że takie pytania padają, bo nierzadko samo nazwanie problemu porządkuje myśli, a zamiast dramatu pojawia się w głowie lista pytań i kroków do podjęcia, a wówczas decyzja zaczyna nabierać realnego kształtu.
Na tym etapie starczał “zwykły” Internet. Ale media społecznościowe dostarczają strasznego narzędzia, z którym nie każdy sobie radzi. Scrollowanie idealnych kadrów cudzych związków uruchamia mechanizm porównywania, niestety z reguły z ponurą diagnozą “u nas tak nie jest”. A algorytmy “bezstronnych i naturalnych” silników wyszukiwania wspierają ten proces, żerując na emocjach: zazdrość, FOMO (nowy lęk/nawyk naszych czasów, że coś nas omija, kiedy nie jesteśmy online), brak docenienia, brak spełnienia oraz zmora ery nieustannej kontroli: perfekcjonizm.
Media społecznościowe ułatwiają też tworzenie alternatyw. Dawniej nowe znajomości pojawiały się wolniej i były osadzone w realnym środowisku. Mówiąc lapidarnie, trzeba było dosłownie wyjść do ludzi, nawet jeśli padał deszcz albo uwierały buty. Dziś wystarczy kilka wiadomości, ba! nierzadko kliknięć, aby powstała więź emocjonalna. I to nierzadko całkiem prawdziwa. Łatwo uciec myślami w bok, kiedy tak niewiele trzeba, aby zacząć niewinną konwersację. I nie musi to być od razu romans, bo coraz częściej mam klientów, którzy zaczęli wyjście z małżeństwa od wejścia w równoległy świat rozmów, wsparcia i czegoś na granicy flirtu. To jednak podcina fundament relacji.
To, co publikujemy, a nawet piszemy prywatnie (prywatnie? jest jeszcze jakaś prywatność?), to ślad, który może być groźny. Kto doświadczył “kontroli aktywności”, ten wie, o czym mowa: sprawdzanie aktywności, lajków, relacji, kto, do kogo i o czym pisze. Nawet jeśli na początku nie ma zdrady, rośnie napięcie i spada zaufanie. I to wszystko gdzieś zostaje – “u ludzi”. Najlepsze jako dowody są zdjęcia z imprez, pisane w złości komentarze, sugestywne opisy relacji oraz – crème de la crème – publiczne wywlekanie konfliktu. Również wątki finansowe – standard życia, podróże, zakupy. Wszystko to można później obejrzeć i przeżyć drugi raz w sądzie, choć niekoniecznie w ten sposób, o jakim marzyliśmy. A Internet potrafi pamiętać – jeśli nie na naszym profilu, to na cudzym.
Co z tym zrobić, kiedy – mówiąc potocznie – “sprawa się rypła”? Wtedy już niewiele, choć jedną sugestię radzę wyryć sobie złotą czcionką w kamieniu, a kamień powiesić w widocznym miejscu: nie prowadź rozwodu online. Po pierwsze, mimo wszystko życie jest offline, a to nie zostawia tyle śladów. Powiedzianych słów nie można cofnąć, ale można za nie przeprosić, a pamięć jest ulotna. Ale zdjęcia, komentarze i wiadomości – pozostają niezmienne. I ranią przy każdej okazji.
Dlatego jeśli się rozwodzisz, ogranicz publikacje, nie komentuj współmałżonka, nie wciągaj znajomych w przepychanki. Zadbaj o prywatność, ale też o spokój. A jeśli czujesz, że media społecznościowe nakręcają emocje, to zrób detoks – wyloguj się choćby na miesiąc. I przede wszystkim nie angażuj dzieci. One nie są kartą przetargową, a niestety w nierównym starciu z chęcią dowalenia ich dobro zawsze przegrywa. Nawet jeśli chcesz się pozabijać w walce rozwodowej (nie polecam, a nawet odradzam), to pamiętaj, że nawet jeśli mąż to najgorszy łajdak, a żona to wredna suka, to także ojciec/matka Twoich dzieci. Waszych dzieci. I one niekoniecznie będą chciałby trafić kiedyś na wpis ojca/matki na temat drugiego rodzica.
A jeśli sprawa się jeszcze “nie rypła”? To zanim cokolwiek zrobisz, zadzwoń do prawnika od rozwodów. Nawet jeśli uważasz, że trzeba działać tu i teraz, to powiem Ci z doświadczenia, że z reguły owo “tu i teraz” istnieje tylko w Twojej głowie. A w tej głowie jest z reguły chaos. Umów się i przyjdź po porządek, klarowność i działanie z rozmysłem. Wtedy z liter słowa “rozwód” uda się ułożyć słowo “zdrowo”.
#rozwód #socialmedia #poradyprawne
Paweł Budrewicz