Rozwód to przepisy plus emocje
Opublikowano: 24 marca 2025
Niemal codziennie klienci pytają mnie, jak mogę prowadzić tak drażliwe sprawy jak rozwodowe i nie zwariować. Czasami kusi mnie odpowiedzieć pytaniem: „A skąd pan/pani wie, że nie zwariowałem?”, lecz nie każdy docenia taki humor. Ale nie zwariowałem, ponieważ lubię historie moich klientów, a najbardziej wtedy, kiedy mogę realnie pomóc.
I w tym momencie większość spodziewałaby się pewnie historii, jak to wyciągnąłem z tarapatów niewiernego męża albo uzyskałem dobre alimenty dla dziecka. Nic z tych rzeczy. To znaczy – takich historii mam sporo w zanadrzu, ale nie o nich chcę teraz napisać.
Opowiem o tym, jak doprowadzam ludzi do płaczu. I nie chodzi o przeciwników, choć faktycznie widzę czasem po drugiej stronie łzy wściekłości.
Na jesieni przyszedł klient. Strasznie przybity i zamknięty w sobie. Jeden z tych, którzy nie zdążą się przedstawić, a już proszą: „niech pan pyta, bo ja nie wiem co mówić”. Zadałem mu moje bazowe standardowe pytania, a w miarę odpowiadania facet się rozkręcał. Jedenastoletnia córka, kredyt, stabilna praca i żona alkoholiczka. Klientowi wyczerpał się już akumulator cierpliwości, dziecko cierpi, każdy dzień to koszmar, a wszystkie próby leczenia spełzły na niczym. Trzeba się rozwieść – bez dwóch zdań!
I w zasadzie mieliśmy już kończyć spotkanie, kiedy klient zapytał: „a może za szybko się poddałem?”. Kto ma do czynienia z uzależnieniami, ten wie, że współuzależniony małżonek potrafi walczyć o związek przez naprawdę długie lata, ale ten, kto w takim związku tkwi, traci poczucie upływu czasu. Dla takiej osoby światełko nadziei jaśnieje zawsze z tą samą intensywnością.
Formalnie nie muszę odpowiadać na takie pytania, bo nie jestem terapeutą. I nawet nie wiem, co w takich sytuacjach radzą podręczniki psychologii. Pewnie pod żadnym pozorem nie można zanegować emocji klienta. Albo trzeba podzielić się głęboką refleksją w rodzaju: „no wie pan, tego, no, w zasadzie, tak bywa, cóż”. Albo zrobić głupią minę (to akurat wychodzi mi całkiem dobrze, zwłaszcza w sądzie).
Ale poczułem sympatię do tego klienta (tak, my, prawnicy, też mamy uczucia), więc wypaliłem coś w rodzaju: „a może zrobił pan co trzeba i teraz przyszła pora sobie odpuścić?”. Zapadła cisza i pomyślałem, że chyba właśnie stoję twarzą w twarz ze zjawiskiem pytania retorycznego. To znaczy – klient zadał pytanie retoryczne, a ja odpowiedziałem, i to w dodatku bez sensu.
Ale nie. Klient przyjrzał mi się, wyraźnie zamyślony. I dopiero po chwili powiedział, że przez całe lata uważał, że jego obowiązkiem było pomóc żonie wyjść z nałogu. Że ślubował jej na dobre i na złe. Że poddać się byłoby nie fair, bo ludzie popełniają błędy…
„Kogo pan przekonuje?” – zapytałem. Widziałem, że drży mu broda. Dla mnie to też był trudny moment, bo jego emocje mi się udzieliły, a przecież nie mogę się wzruszać. Jako prawnik jestem najemnikiem, który pięścią w stalowej rękawicy tłucze nieprzyjaciół, w tym tego głównego, czyli sąd. Jak sobie pozwolę na emocje, to koniec.
Zacząłem mówić, choć na początku bardziej dla odwrócenia uwagi od moich własnych emocji. Powiedziałem mu, że po wysłuchaniu jego historii uważam, że zrobił wszystko, co się dało. Może można było wysłać żonę na jeszcze jedną terapię, ale skoro kilka poprzednich zawiodło, to raczej nie w liczbie problem. Ale ile by tych terapii nie było, on zrobił co trzeba. Nie zostawił żony, nie zdradził (w sensie duchowym), nie wygonił z domu, nie wyśmiał. Jak długo się dało, oferował wsparcie. A że nie wyszło? Nie zawsze wychodzi. Nie zawsze ciężki trud wieńczy dzieło szczęścia. I że klient wcale się nie poddał. Po prostu czasem przychodzi ten moment, kiedy trzeba zamknąć za sobą pewien rozdział, nawet jeśli nie wszystko się udało i nie wszystko wyszło, tak jak miało wyjść. Powiedzieć sobie „moje zadanie skończone”. Czasami przychodzi koniec i trzeba powitać go z radością jako wyzwolenie, a nie porażkę.
Myślałem, że go pocieszę, ale facet się rozpłakał. Kiedy się uspokoił, wyjaśnił, że przez lata żył w przekonaniu, że nie może odpuścić, bo to będzie znaczyło, że zawiódł, że nie dowiózł wyniku, że to jego wina, że jest słaby. A właśnie dzięki temu, co usłyszał, zrozumiał, że jest odwrotnie – że jest bardzo silny. Już nie pamiętam, który z nas stwierdził, że najwyższa pora, aby tę siłę wykorzystać na rzecz córki. Ona na to zasługuje.
Rozwód jest rozpoczęty i zanosi się na to, że przejdzie w miarę bezboleśnie. Ale mimo że postępowanie jest dopiero w toku, mam wrażenie, że już udało się rozwiązać jeden problem. I śmiem twierdzić, że zdecydowanie ten większego kalibru. „Czuję się uwolniony” – napisał mi niedawno ten klient. A ja jestem przekonany, że uwolnił się nie od żony, ale od presji, którą sam na sobie przez lata wywierał. I on to już wie.
Takie doświadczenia są oczyszczające. I paradoksalnie dzięki nim jestem w stanie myśleć jaśniej oraz bardziej precyzyjnie planować działania dla klientów. Emocje są częścią tej pracy i czasem po prostu muszą wybrzmieć, żeby dało się pójść dalej. Do przodu. Albo w ogóle ruszyć.
Paweł Budrewicz