Mąż, żona i wspólne mieszkanie

Czasami, kiedy wyjaśniam klientom niektóre niuanse prawa, spotykam się z poglądem, że prawo jest chyba tylko po to, żeby komplikować ludziom życie. Zwłaszcza jeśli zaczyna dziać się źle, a mieszkanie razem staje się problematyczne. Kto i jakie ma prawo do mieszkania w małżeństwie lub na wypadek rozwodu?

Temat nie jest prosty, ale można go prosto wyjaśnić. Zasadniczo mamy cztery kluczowe pojęcia odnoszące się do mieszkania – każde inne i każde po co innego, ale każde da się zrozumieć.

1. Wspólna własność mieszkania

Zacznijmy od obalenia popularnego mitu. Nie, mieszkanie na kredyt nie stanowi własności banku. Naprawdę? Naprawdę. Ale znajomy szwagra psa sąsiada mówił… Mylił się. Naprawdę. Owszem, z finansowo-ekonomicznego punktu widzenia kontrolę sprawuje ten, kto wyłożył kapitał. Ale z prawnego punktu widzenia właścicielem jest ten, kto nabył mieszkanie. Nie wierzysz? Zajrzyj do księgi wieczystej, dział II, a znajdziesz tam swoje nazwisko, a nie nazwę banku.

A zatem masz ze współmałżonkiem wspólne mieszkanie. Z reguły kupione w ramach wspólności małżeńskiej, ale czasami zdarzają się też mieszkania kupione przed ślubem, które stanowią nie wspólność, lecz współwłasność. Różnica prawna olbrzymia, ale nieistotna dla poniższych rozważań.

Masz prawo mieszkać w takim mieszkaniu, obojętnie, czy po ślubie, czy po rozwodzie. Bo to Twoje mieszkanie. Tak samo Twoje jak wszystko inne, co kupiłeś/kupiłaś lub dostałeś/dostałaś. Ale może się zdarzyć, że pomimo tego, że jesteś właścicielem, nie pomieszkasz sobie u siebie.

Jak to?

Pierwsza sytuacja – małżonek robi w domu dzikie awantury, niszczy wyposażenie, demoluje mieszkanie, zanieczyszcza lokal… Wystarczy, wiadomo w czym rzecz. Wówczas można taką osobę eksmitować. Zarówno w trybie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy, jak też w trakcie rozwodu albo po rozwodzie. W przypadku rozwodu formalnie jest to skutek stwierdzenia przez sąd, że takie rażąco naganne zachowanie uniemożliwia wspólne zamieszkiwanie.

Czy traci się wówczas prawo własności? Nie. Co więcej, w przypadku rozwodu nie można w ten sposób eksmitować jedynego właściciela mieszkania.

A druga sytuacja? Kiedy sam się wyprowadzisz na stałe, tj. z zamiarem odejścia od współmałżonka. Jeśli się potem rozmyślisz, nie zdziw się, kiedy się okaże, że druga strona zmieniła zamki i pokazuje Ci pewnym szczególnym palcem najbliższą drogę do wyjścia. Da się tak? Da się. Będzie o tym w punkcie czwartym. Ale już teraz uspokajam – nie tracisz własności.

2. Osobiste prawo małżonka do mieszkania

Z racji zawarcia małżeństwa powstaje szczególna więź prawna. Powstaje specyficzna wspólnota, która od strony majątkowej wyraża się przede wszystkim wspólnością majątkową małżeńską, a od strony osobistej – m.in. prawem i obowiązkiem mieszkania razem.

Od strony praktycznej wygląda to tak, że każde z małżonków ma prawo mieszkać w mieszkaniu, do którego prawo przysługuje współmałżonkowi. Pewnie od razu przyszła Ci do głowy własność. To też. Ale nie tylko. Przepisy nie definiują, o jakie prawo chodzi. Może to być również najem. Jeśli zatem mąż wynajmuje mieszkanie, to po ślubie żona ma prawo mieszkać razem z nim w tym właśnie mieszkaniu. Przepis stanowi przecież, że chodzi o “mieszkanie, do którego współmałżonkowi przysługuje prawo” – jakiekolwiek prawo, które pozwala mieszkać w danym lokalu.

Ale nie tylko. Możecie przecież mieszkać w mieszkaniu, które należy do rodziców jednego z małżonków. Na przykład rodzice dają córce nieodpłatnie własne mieszkanie do używania (użyczenie). Z chwilą ślubu mąż tej córki nabywa uprawnienie do mieszkanie w lokalu formalnie stanowiącym własność teściów. Z oczywistych względów pomijam emocjonalno-humorystyczny aspekt mieszkania “u teściowej”.

Czy to oznacza, że w takiej sytuacji trzeba tolerować współmałżonka do końca świata? Nie, spokojnie. Warunkiem jest to, żeby mieszkanie służyło zaspokajaniu potrzeb rodziny. Jeśli zatem mąż zrobił sobie z mieszkania hotel i wpada tu od wielkiego dzwonu podczas długiej i niełatwej podróży między knajpą a kochanką, można usunąć go z lokalu. Łatwe to nie będzie, ale się da.

Ważna rzecz. Nawet jeśli mieszkanie jest tylko Twoje, współmałżonek co do zasady ma prawo u Ciebie mieszkać. Nawet jeśli już Wam się nie układa, to jest jego/jej osobiste prawo do mieszkania. Oczywiście, z chwilą rozwodu małżonek to prawo traci. Bo skoro już nie jest małżonkiem, to jego osobiste uprawnienie wygasa.

3. Korzystanie z mieszkania po rozwodzie

I tu zaczynają się schody. Może się zdarzyć tak, że pomimo rozwodu rozwiedzeni małżonkowie mieszkają razem. Nie jest to jakiś szczególnie udany pomysł, ale życie stawia czasem ludzi nawet w tak dramatycznym położeniu. Co wtedy?

Wtedy można uzyskać w wyroku rozwodowym (i tylko w takim wyroku) orzeczenie o sposobie korzystania z mieszkania. Czyli mąż zajmuje na wyłączność mały pokój i pomieszczenie gospodarcze, a żona – sypialnię. A resztę mają prawo użytkować wspólnie. Skutek jest taki, że ów mąż może się zabarykadować w przysługującym mu pokoju i robić tam, co mu się zechce. Oczywiście, o ile jego zachowanie nie zakłóca spokoju i porządku oraz nie prowadzi do dewastacji mieszkania.

Czy to tworzy własność do mieszkania? Nie. Czy to ma w ogóle związek z własnością mieszkania? Też nie. Chodzi o wspólnie zajmowane mieszkanie. Chociażby ten lokal stanowiący własność teściów – przykład z punktu drugiego. Orzeczenie o sposobie korzystania z mieszkania to swoisty układ posiadania quoad usum (pardon my French), czyli kto może korzystać z jakiej części jednej rzeczy (tutaj: nieruchomości). Podstawą takiego orzeczenia jest wyłącznie fakt wspólnego zamieszkiwania małżonków po rozwodzie. Ani własność, ani prawa zależne (np. najem), nie mają znaczenia.

To co potem zrobić? Nie da się usunąć takiego małżonka? Oczywiście, że się da. Takie orzeczenie nie stanowi przeszkody do eksmisji ani jej nie utrudnia. Jeśli jednak przyjdzie Ci do głowy usunąć małżonka siłą, to niech Ci to nie przychodzi do głowy. Nawet jeśli mieszkanie jest wyłącznie Twoje, musisz zrobić eksmisję przez sąd. Na przeszkodzie działaniu bez sądu stoi bowiem posiadanie.

4. Posiadanie

To jest najtrudniejszy element tej układanki. Posiadanie to stan faktyczny. Jest niezależne od własności i podlega bardzo swoistej ochronie. W dużym skrócie w przypadku sporu o posiadanie sąd co do zasady nie bada własności, lecz ostatni zgodny stan posiadania.

Czuję, że to nadal niewiele wyjaśnia.

Wyobraźmy sobie zatem, że mąż wściekły na żonę po tym, jak odkrył jej zdradę, wystawia jej rzeczy za drzwi i zmienia zamki. Może tak zrobić? Nie. Niezależnie od tego, czyją własnością jest mieszkanie, takie zachowanie stanowi naruszenie posiadania. Bowiem ostatni zgodny stan posiadania jest taki, że mąż i żona mieszkali w lokalu razem. To, że mieszkanie razem okazało się trudne do zniesienia, bo gniazdko miłości przeistoczyło się w siódmy krąg piekieł, nie ma znaczenia. Nie można samowolnie naruszać posiadania.

Żona może żądać przed sądem przywrócenia posiadania albo stwierdzenia naruszenia. Jeśli wskutek naruszenia posiadania poniosła szkodę, będzie mogła później dochodzić od męża odszkodowania, także w postępowaniu o podział majątku.

Ale uwaga! Pozbawienie posiadania musi być przymusowe. Kto wyprowadził się dobrowolnie, a jego/jej zamiar opuszczenia rodziny jest jasny i czytelny, nie korzysta z ochrony jako posiadacz. Co więcej – w ten sposób tworzy nowy zgodny stan posiadania, w którym jedynym posiadaczem staje się współmałżonek, który został w mieszkaniu. Jakiekolwiek późniejsze roszczenia z ochrony posiadania są wówczas wykluczone.

Co jeszcze warto, a wręcz należy wiedzieć – wbrew ludowym obiegowym opiniom motywacja wyprowadzki “czułem presję, nie mogłam wytrzymać, oczekiwano ode mnie wyprowadzki” nie jest działaniem pod przymusem. Jest to działanie dobrowolne. Przymus jest wtedy, kiedy w drzwiach wita nas rosły osiłek, który na zlecenie współmałżonka deklaruje, że albo się wyprowadzamy, albo on przeprowadzi na nas lekcję anatomii. Albo kiedy współmałżonek wyrzuca nasze rzeczy lub zmienia zamki. Jeśli nie ma przymusu lub groźby, wyprowadzka jest dobrowolna.