Wina w rozwodzie – realna korzyść czy zbędny luksus?

Wina – słowo-wytrych. Potrafi uwikłać w wieloletni proces, spędza sen z powiek, jest tematem kłótni, narad, rozważań. Podnosi cenę rozwodu. Nie tylko cenę wyrażoną pieniądzem. Także emocjami.

Na co przekłada się wina w rozwodzie?

Po pierwsze na satysfakcję. I każdy musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, ile to jest dla niego/dla niej warte. Mieć dokument, z którego wynika, że to współmałżonek jest wyłącznie winny rozpadu małżeństwa. Urzędowe poświadczenie niewinności. Papier na temat prawdy, która interesuje niewinnego małżonka, trochę mniej tego winnego, w niewielkim stopniu rodzinę, a już w ogóle nie obchodzi sędziego, ekspedientki w sklepie, kuriera z przesyłką ze sklepu internetowego, przechodniów na ulicach… Słowem – nikogo.

Ale jeśli chcesz – walcz. Być może dla Ciebie ma to dużą wartość.

Po drugie – bardzo iluzoryczny wpływ wyłącznej winy na żądanie nierównych udziałów w majątku wspólnym przez małżonka wyłącznie winnego. Brzmi enigmatycznie? No właśnie. Podział majątku to temat rzeka, nierówne udziały to wręcz prawnicza Amazonka, a zależność pomiędzy winą wyłączną a nierównością udziałów to… najbardziej kręte i niebezpieczne zakręty Amazonki. Dokładne omówienie tej kwestii przekracza ramy bloga. Warto wiedzieć tylko jedną rzecz – walka o wyłączną winę jedynie w celu ugrania czegokolwiek w ramach nierówności udziałów to strata czasu.

I po trzecie – alimenty małżeńskie. To kolejny bardzo trudny i rozbudowany temat, który wymaga osobnego omówienia. Dość powiedzieć, że od strony prawnej sprawa jest oczywista – wyłączna wina stanowi formalną podstawę do żądania alimentów na siebie przez małżonka niewinnego. Tyle i tylko tyle. Bo to nie jest automat. Nie istnieje prosta zależność “wina wyłączna równa się alimenty małżeńskie”. Przesłanek takich alimentów jest sporo, wina jest jedynie warunkiem koniecznym, ale nie załatwia całego tematu. Jeśli zatem nie masz dobrych argumentów, możesz wygrać walkę o winę, ale nie ugrać alimentów. Czyli cała para w gwizdek.

Wina a dzieci

Czasami jest też po czwarte – spór o wyłączną winę w celu wywalczenia dobrej pozycji w zakresie opieki nad dziećmi. To działa, ale wyłącznie w dwóch przypadkach i w bardzo specyficzny i niejednoznaczny sposób.

Jeśli wina polega na znęcaniu się nad rodziną i ogólnie stosowaniu przemocy w rodzinie, walka o wyłączną winę jest niejako naturalna i służy odizolowaniu sprawcy od dzieci. I w drugą stronę – kiedy mamy do czynienia z alienacją rodzicielską, żądanie wyłącznej winy pozwala rozwinąć pełen arsenał środków w sprawie o rozwód, a tym samym bardziej kompleksowo powalczyć o opiekę.

Ale uwaga! Powyższe nie wynika z przepisów. Zasadniczo relacje małżeńskie to całkowicie osobny temat od opieki nad dziećmi. Jeśli występuje sprzężenie, to nie na zasadzie zastosowania przepisów, a więc nie w oparciu o prawo, lecz w wymiarze ludzkim. Mówiąc lapidarnie, łatwiej przepchnąć pewne tezy, kiedy dochodzi się w rozwodzie winy wyłącznej. Ale gwarancji nie ma, więc można się bardzo rozczarować.

Czy warto zatem walczyć o winę?

Świetnie pytanie, na które konkretna kompleksowa odpowiedź brzmi: zależy od okoliczności sprawy. Jednak biorąc pod uwagę dość szczupły zakres niejednoznacznych skutków, jeśli masz wątpliwości – walczyć czy nie, wybierz: nie walczyć. W większości przypadków stracisz tylko czas, nerwy i pieniądze.

Oczywiście, czasem to nie jest Twoja decyzja, tylko współmałżonka. I wtedy chcąc nie chcąc, stajesz się częścią walki, intryg, brudnych zagrywek, kłamstw, złych emocji, ogólnie – nienawiści. Wtedy to nie jest pytanie, czy warto, bo skoro to decyzja drugiej strony, to Ty już wiesz, że nie warto. Wtedy to jest kwestia, jak zminimalizować skutki tej walki.

I ostatnia rzecz – jeśli chcesz albo musisz walczyć, ja wiem, jak to się robi. I w przeciwieństwie do Ciebie mam dystans i doświadczenie. Nawet kiedy wiem, że sprawa jest już przegrana, ale Ty chcesz walczyć i nie dajesz się przekonać do rezygnacji, jestem po Twojej stronie.