Nie wystarczy mieć rację, trzeba mieć jeszcze dowody

Wcześniej czy później przychodzi ten moment, kiedy decyzja jest już podjęta, cele są już ustalone, pełnomocnictwo podpisane, a wówczas pada pytanie: co mam panu dostarczyć, panie mecenasie? Dowodów. Czyli? Czyli czegokolwiek, co sprawi, że nasza racja stanie się też racją sądu.

Formalnie do dowodów zalicza się przede wszystkim przesłuchanie stron (małżonków w sprawie rozwodowej, rodziców w sprawie np. o kontakty itd.), przesłuchanie świadków (czyli każdego, kto ma jakąkolwiek wiedzę na temat sprawy), dokumenty i opinie biegłych.

Zaczynając od tej ostatniej kwestii – opinia biegłych to wyjaśnienie jakiejś specjalistycznej kwestii przez osoby posiadające odpowiednią wiedzę. W praktyce spraw rodzinnych mamy głównie opinie dotyczące sytuacji dzieci oraz wartości majątku. Co warto wiedzieć, w polskim prawie opinią nie jest wypowiedź specjalisty, ale wypowiedź specjalisty sporządzona na zlecenie sądu. Nawet jeśli to ten sam specjalista i ten sam przedmiot badania.

Z dokumentów największe znaczenie mają dokumenty urzędowe w myśl zasady, że co urząd urzędowo stwierdzi, to ma moc prawdy objawionej. W przeciwieństwie do dokumentów urzędowych dokumenty prywatne potwierdzają jedynie to, co ktoś w nich napisał. O co tu chodzi? Zaświadczenie z przedszkola “Słoneczko”, że Zuzia bardzo przeżywa rozstanie rodziców, nie stanowi potwierdzenia, że Zuzia rzeczywiście to przeżywa, tylko że tak napisano. Takim dokumentem jest także raport detektywa.

Świadkowie to temat zasługujący na osobne omówienie. W skrócie można powiedzieć, że trzeba znaleźć osoby, które opowiedzą o sprawie (np. problemach małżeńskich) w taki sposób, że ich opowieść będzie stanowić spójną całość i będzie zrozumiała dla sądu oraz że przyniesie więcej pożytku niż szkody. Wbrew pozorom – trudne zadanie.

Jednak tym, co w ostatnich latach najbardziej rozpala zmysły uczestników postępowań oraz dostarcza najwięcej emocji, są materiały audiowizualne oraz korespondencja SMS i za pośrednictwem komunikatorów. W zasadzie każdy z tych dowodów wymaga osobnego omówienia, zwłaszcza w kontekście naruszenia tajemnicy korespondencji, jednak na razie ograniczę się do wskazania, co takie dowody potwierdzają. A w zasadzie – czego nie potwierdzają.

Uczestnicy postępowania darzą szczególną estymą fotografie. Niestety, zdecydowana większość z nich kompletnie do niczego się nie nadaje. Przykład – widzimy na zdjęciu kobietę stojącą z kieliszkiem na bankiecie albo brudne znoszone ubranie leżące na łóżku albo twarz z jakimiś plamami. Czego te zdjęcia dowodzą? Że jakaś kobieta była na jakimś bankiecie, że na jakimś łóżku leżą znoszone ubrania i że ktoś ma plamy na twarzy. Nic więcej.

Jak to – nic więcej? To skoro coś więcej, to proszę sobie dopowiedzieć, co się kryje za każdym z tych zdjęć. Noworoczne przyjęcie w firmie, wyuzdana orgia, ojciec alkoholik skąpiący na ubrania, początki nowotworu skóry albo słabo zatuszowane ślady bicia. Do wyboru, do koloru.

Jakiego rodzaju zdjęcia mają zatem sens? Takie, które same w sobie opowiadają jakąś historię. Zestaw fotografii ojca z dzieckiem z różnych okresów życia i pór roku pozwala zakwestionować tezę, że ojciec w ogóle nie widuje się z dzieckiem. Mężczyzna i kobieta objęci razem i całujący się w usta to dowód relacji intymnej. A foto faceta opartego o Forda Mustanga z wyraźnie widocznym numerem rejestracyjnym uniemożliwia sfotografowanemu twierdzenie, że nigdy tego auta nie widział. Takie i tylko takie zdjęcia mają sens.

Podobnie jest z korespondencją. Wiadomości SMS w rodzaju “okay, zgadzam się” albo “no to jesteśmy umówieni” nie dowodzą niczego. Chyba że w jakiś magiczny sposób uda się odtworzyć, na co wyrażono zgodę lub na co się umówiono. Na drugim biegunie są kilometrowe wiadomości bez znaków interpunkcyjnych, w których wszystkie tematy zlewają się w jeden słowotok pozbawiony początku i końca, a nierzadko także środka. Czy sąd cokolwiek z tego zrozumie? Nie. Bo po prostu nie przeczyta.

Osobny wpis poświęcę temu, jak pisać korespondencję z małżonkiem/rodzicem, żeby miała sens, była zrozumiała i miała wartość dowodową.

Hitem ostatniej dekady są nagrania audio (zwłaszcza z podsłuchu) oraz wideo. Z tymi drugimi jest prościej – sąd co do zasady nie odtwarza nagrań wideo, bo nie ma jak, nie ma na czym i nie wie po co. Z tym ostatnim można się zgodzić – materiał audio-wideo z reguły nie ma żadnej wartości dowodowej albo ma, ale wystarczy wyciąć z niego kilka printscreenów.

Inaczej z materiałem audio. Pomijając w tym momencie ciekawy aspekt prawnokarny, należy podkreślić, że takie materiały mają wartość o tyle, o ile udaje się ustalić na ich podstawie, co kto powiedział, ale – uwaga! – coś, co ma związek ze sprawą i nie jest oczywiste. Załączanie kilkugodzinnych nagrań tylko po to, żeby udowodnić, że małżonkowie obsypują się obelgami, nie ma sensu. Spokojnie, sąd uwierzy Wam na słowo, że się nienawidzicie. Ale dwuminutowy materiał audio, w którym matka mówi dziecku, że jego ojciec to kanalia, łajza czy ścierwo, może być bardzo przydatny.

Aha! I nie wysyłamy do sądu samych nagrań, bo to nie ma żadnej wartości. Bo sąd nie będzie ich odtwarzał. Wysyłamy nagrania wraz ze stenogramem.

Dowody trzeba gromadzić z głową. I nie ma się co wstydzić niewiedzy. Po to się idzie do adwokata, żeby powiedział, co trzeba pozyskać, a co należy sobie darować. A potem trzeba adwokatowi zaufać. I kiedy mnie klienci pytają, co się przyda w sprawie, odpowiadam: wszystko – wszystko, co ma znaczenie.