Co musisz wiedzieć o alimentach na dziecko, zanim dowiesz się o tym w sądzie

Alimenty 350 złotych na ośmiolatka? Owszem. Alimenty 4500 złotych na dziewięciolatkę? Owszem. To gdzie tu sens, gdzie tu logika? Dobre pytanie.

Wielką radość, jaką jest posiadanie dziecka, mąci konieczność jego utrzymania. Z reguły nie ma z tym problemu, kiedy rodzice mieszkają razem z dzieckiem. Jednak w chwili, kiedy rodziców łączą już tylko alimenty, kredyt i nienawiść, zaczynają się schody.

Poznajcie dwie historie.

Małżeństwo z ośmioletnim stażem – rozwód bez winy. Owoc minionej miłości ma sześć lat i jest prawidłowo rozwijającym się chłopcem. Gorzej z tatą. Wygodne życie na koszt żony właśnie dobiegło końca, a pana dopadła ta straszna prawda, że trzeba dorzucić coś do skarbonki.

Dziecko jak dziecko, żadnych szczególnych potrzeb, to znaczy nic ponad standard. Tyle że mama zdecydowała o posłaniu dziecka do prywatnego przedszkola. I dlatego sąd uznał, że tego kosztu nie uwzględni. Ale w puli kosztów i tak zostało około 1500zł. I z tej puli sąd wykroił dla taty, a właściwie od taty, 350 złotych.

Co wpłynęło na wysokość tej kwoty? To, że pan mało zarabia. Nie on jeden. Ale jego trapi ogrom schorzeń, a na każde z nich pan ma zestaw zaświadczeń. Mówiąc pokrótce, każdy dzień to jak wspinaczka na Annapurnę w zimie. Owszem, facet pracuje od kilkunastu lat, ale się męczy. Praca w ogóle jest męcząca, ale dla niego szczególnie, bo jest chory. To wzruszające, a że sąd lubi się wzruszać, daje 350zł.

Jeśli którykolwiek z panów czytających te słowa pomyślał, że też jest chory i że może warto by było użyć tego argumentu w sądzie, już studzę entuzjazm. Trzeba mieć papier. Ale nie jakikolwiek, tylko dobry. Najlepiej orzeczenie o niepełnosprawności. Jest dokument, temat załatwiony. A sąd kocha dokumenty. Tylko świadków sąd kocha bardziej. Masz dokument, że nie masz ręki, to znaczy, że nie masz ręki. Nawet jeśli masz. Bo nie masz. Logiczne, prawda?

Druga historia. Tu dla odmiany pan zarabia dużo, a pani mało. I nagle z chwilą rozpoczęcia rozwodu dziecko zapadło na wszystkie możliwe choroby. Aż trudno znaleźć organ niedotknięty jakąś dysfunkcją. Bo warto wiedzieć, że chore dziecko to skarb. Skarb alimentacyjny. Ale nie chore, tylko “chore”. Bo naprawdę chore dziecko to dramat.

Na topie od lat jest psycholog, logopeda i ortodonta. A jako że ludzie karmią siebie i dzieci podłym żarciem, w modzie są też specjaliści od kontroli wagi i wydzielania wewnętrznego. Do tego dochodzą sterylne warunki życia i hop! pojawia się alergolog. Ale to słaby wybór, bo generuje niewielki koszt. Hit sprzed kilku sezonów, czyli integracja sensoryczna, jest nieco w odwodzie, choć nadal ma wzięcie. W ogóle najlepiej sprawdzają się te terapie, które są drogie, długotrwałe i kompletnie niezrozumiałe nawet dla “specjalistów”, którzy je prowadzą.

W tej sprawie sąd też się wzruszył, ale – chciałoby się rzecz – “w drugą stronę”. Bo że sąd zapoznał się z dokumentacją o wadze około dwóch i pół kilograma, to nie bardzo chce mi się wierzyć. Ale są faktury? Są! Są zaświadczenia? Są! Jest odręczne pokwitowanie od jakiegoś szarlatana za terapię po 200zł od spotkania? Jest. To i alimenty są stosowne – 4500zł. Miesięcznie. Dobranoc.

Co z tego wynika? Dwie prawdy.

Po pierwsze – w sądzie musi zgadzać się papier. Jak wiadomo, papier jest cierpliwy i wszystko zniesie. A czego nie zniesie, to strona doniesie. Oczywiście, nie każdy papier się liczy. Liczą się tylko dokumenty urzędowe oraz umowy/faktury. Prosty przykład. Doktor Kowalski jest biegłym sądowym. Jego opinia wydana prywatnie nie jest opinią. Ta sama opinia tego samego doktora wydana na podstawie postanowienia sądu jest opinią. Liczy się forma. Tylko forma.

Po drugie – co raz sąd klepnął, niech później sąd nie waży się “odklepnąć”. Bo jeśli sąd stwierdził, że ktoś nie ma nogi, to przecież noga nie odrosła. Zatem nie da się jej przywrócić. Nawet jeśli noga jest i nigdy nie odłączyła się od reszty ciała. Tutaj działa prosta fizyka. Kiedy uda się przełamać bezwład sądu i uzyskać postanowienie o zabezpieczeniu, to potem trzeba wykonać podwójną pracę, żeby nie tylko przełamać bezwład, ale też nadać mu inny kierunek. Ale spokojnie – czasem się udaje.

Czy można temu przeciwdziałać? Albo zaprojektować odpowiednie zdarzenia? Oczywiście. Jest tylko jedno kluczowe słowo: “zanim”. Jak mawiał Henry Ford, przygotowanie jest kluczem do sukcesu. Gwarancji nikt nie da, ale odpowiednie przygotowanie sprawy, zanim się ją zacznie, pozwala w dużym stopniu ukształtować jej kierunek.

Co zatem trzeba zrobić przed rozpoczęciem sprawy? Trzy kroki. Trochę jak na spowiedzi.

Rachunek sumienia. Co mam, czego nie mam, co ukryłem/ukryłam, a czego się nie dało. Co wiem o nim/o niej, co on/ona wie o mnie. Na co się zgodziłem/zgodziłam, co tolerowałem/tolerowałam.

Szczere wyznanie. Jak się idzie do prawnika, to nie po to, żeby mu naściemniać, ale żeby opowiedzieć o wszystkim. A im bardziej coś boli, tym bardziej trzeba o tym opowiedzieć. Każdy zatajony szczegół wcześniej czy później wyjdzie na jaw. A im bardziej zatajony, to tym bardziej można mieć pewność, że wyjdzie na jaw z hukiem i w najgorszym momencie, tak że nie będzie się dało nic zrobić. I niczym tornado zabierze dom i samochód.

Rozgrzeszenie. Wszystko dokumentujemy. Piszemy maile, zbieramy kwity, faktury, przelewy, zaświadczenia i tak dalej. Tego nie musi być dużo, ale musi być z głową. To znaczy musi pasować do rachunku sumienia.

Reszta w rękach prawnika. A raczej w głowie. Fakty nie są faktami. To tylko stopnie, po których porusza się narracja klienta. I od przygotowania sprawy zależy, czy te stopnie to będzie “stairways to heaven”, czy “highway to hell”.